Translate

niedziela, 17 marca 2013

Pocieszenie............

Po odejściu Tobisia długo nie mogłam dojść do siebie.Całymi dniami łapałam się na tym,że zapominałam o tym,ze jego już nie ma z nami.Szukalam pocieszenia.Chodziłam częściej do corki ,aby pobawić się z Zuzią małym kotkiem.Ale,kotek byl dla mnie czymś abstrakcyjnym,czyms takim czego zupełnie nie rozumiałam.Przyznam sie też,ze mialam nawet fizyczny opór do tego małego zwierzątka.Po prostu koty to nie była moja bajka.Pewnego dnia moja corka z szczęśliwą miną komunikuje mi że kupiła właśnie psa.Małą piękną bokserkę.Psy tej rasy są przepieknymi szczeniakami.Kaja bo takie dostała imię jest,słodka taki wielki słodki pluszaczek.Po kilku tygodniach widzimy,że z jej zdrowiem się dzieje cos złego.Zaczyna się wędrówka  po gabinetach lekarzy weterynarii.Okazuje się ,że Kaja  jest bardzo chora.Nie pomaga intensywne leczenie/kroplówki,zastrzyki.W wieku 2 miesięcy Kaja żegna się z nami.Kiedy ostatni raz ją widziałam,jej oczy były pełne łez.Jeszcze teraz po tylu latach,nie mogę spokojnie tego wspominać.Zuzia jakby wiedziała co my przeżywamy jest bardzo słodka .Przymila się jak może.Ale to jest,kotek.Ja nie potrafię się do niej przekonać.Kocham ją ,ale jakoś tak inaczej bardziej z rezerwą i ona to czuje.Kiedy jestem u syna,bawię się z małą jamniczką Nuką.Historia Nuki  to typowa historia psa znalezionego którego chyba poprzedni właściciele zgubili.Do domu syna trafiła,bo przywiózł ją do nich ich znajomy.Stwierdził,że w domu z ogródkiem będzie miała dobrze.Podobno ją znalazł błąkającą się pod jakimś sklepem.Nuka jest już nie młoda ,ale kilka lat ma dobre życie w ich domu.Kiedy Nuki już nie ma dostają psa owczarka niemieckiego .Jest piękny bardzo rasowy i ma imię Jerry.Kiedy przyjeżdzałam do nich,już mnie nie odstępował  na krok .Byłam całkiem jego.Kiedy  mój syn z rodziną gdzieś wyjeżdzał my opiekowaliśmy się Jerrym..Bardzo się z nim zaprzyjażniłam.Kiedyś przeżyłam taką sytuację.Przyjechalam do syna domu,żeby dać wnukowi jakieś pieniążki na wakacyjny wyjazd.Jerry witał mnie radośnie.Potem była kawa w domu,przyszła sąsiadka  i domownicy bardzo się nią zajęli.Ja,ponieważ miałam nie długo pociąg,do Warszawy ,wstałam od stołu i powiedziałam do widzenia.Mlodzi byli tak zajęci rozmową,że  nawet na to nie zareagowali.Wyszłam z domu i kto mnie odprowadzał az,do konca ogrodzenia?Właśnie Jerry cały czas mi towarzyszył..Na końcu 2000 metrowej działki podał mi łapkę i tak mnie pożegnał.Bardzo się wtedy popłakalam.Młodzi mnie oczywiście przeprosili,ale ja cały czas to pamiętam.Jerry dożył wieku 12 lat i odszedł ,pocieszać już innych przyjaciół.Córka podejmuje decyzję,że jednak będzie w ich domu pies i kupuje piekna suczkę owczarka niemieckiego.Paweł jej mąż też jest zadowolony.On w swoim domu rodzinnym nigdy nie mógł mieć psa.Rodzice na to nie pozwalali.Teraz ma to czego mu kiedy był dzieckiem zabraniali.Pokochał bardzo Sarę /tak ma na imię/.Jest jego pupilką.O Sarze i innych jeszcze naszych czworonożnych przyjacielach napiszę nie długo a jest o kim i o czym pisać.........cdn. bara66.....

3 komentarze:

  1. Dużo tych piesków się przewinęło w Twoim życiu :-)
    To tak jak u mnie kotów...

    OdpowiedzUsuń
  2. Czytam z przyjemnością Twoje opowieści. Szkoda, że żyjemy tak długo, a może nie?
    Pozdrawiam:)

    OdpowiedzUsuń
  3. Długo mnie tutaj nie było, właściwie to byłam, ale nie pisałam komentarzy.
    Nie będę szukać przyczyn.
    Zbyt kocham Twoje blogi aby ich nie odwiedzać i nie czytać Twoich postów.
    Serdecznie pozdrawiam:)

    OdpowiedzUsuń